Co mnie zaskoczyło w Lovendove
Moje postępy i cele treningowe
- gemini,
- precelek,
- wariacja żabki,
- syrenka (po nazewnictwie tutejszym, w Lublinie pod tą samą nazwą była zupełnie inna figura),
- half embrace.
Post powstał we współpracy barterowej z marką HolaNature.
Preparat można aplikować bezpośrednio na język albo dodać do wody, soku czy innego napoju. Produkty mają naturalny smak skórki pomarańczy, a ich składy nie zawierają cukru, alkoholu ani sztucznych dodatków.
Choć oba produkty bazują na podobnym podejściu do suplementacji, zostały stworzone z myślą o nieco innych potrzebach. Strażnik Spokoju koncentruje się przede wszystkim na wyciszeniu, regeneracji i wsparciu organizmu w okresach stresu, natomiast Strażnik Umysłu skierowany jest bardziej w stronę koncentracji, pamięci i sprawności umysłowej.
Strażnik spokoju to formuła stworzona z myślą o osobach, które na co dzień funkcjonują pod presją, odczuwają zmęczenie i napięcie lub szukają wsparcia dla regeneracji oraz spokojniejszego snu.
Taki skład sprawia, że Strażnik Spokoju jest ukierunkowany przede wszystkim na wsparcie organizmu w okresach zwiększonego stresu, napięcia i zmęczenia, a także na regenerację i spokojniejszy sen.
Na opakowaniu Strażnika Spokoju znalazła się wyraźna informacja, aby nie stosować produktu podczas przyjmowania leków nasennych, przeciwpadaczkowych i uspokajających.
W porównaniu ze Strażnikiem Spokoju ta formuła jest bardziej ukierunkowana na funkcje poznawcze - koncentrację, pamięć, jasność myślenia i sprawność umysłową.
To właśnie dlatego postrzegam oba produkty nie tyle jako dwa warianty tego samego suplementu, ile jako preparaty przeznaczone do nieco innych sytuacji. Strażnik Spokoju lepiej wpisuje się w momenty, kiedy potrzebujemy zwolnić i zadbać o regenerację, natomiast Strażnik Umysłu ma więcej sensu w kontekście pracy wymagającej skupienia i wysiłku intelektualnego. Może być szczególnie interesująca dla osób pracujących przy komputerze, uczących się, realizujących wymagające projekty czy funkcjonujących na co dzień w środowisku pełnym rozpraszaczy. Połączenie składników ma wspierać również utrzymanie energii psychicznej i ograniczenie uczucia mentalnego zmęczenia.
Produkty HolaNature trafiły do mnie w wyjątkowo odpowiednim momencie. Ostatnie miesiące są dla mnie trudne również pod względem zawodowym - ciężka sytuacja gospodarcza mocno wpływa na moją pracę, a kiedy problemy z pracą i finansami zaczynają zajmować głowę, bardzo łatwo przenoszą się również na życie prywatne.
Zauważyłam u siebie coraz więcej overthinkingu, ciągłego analizowania i przewidywania najgorszych scenariuszy, nawet w momentach, które wcześniej pozwalały mi po prostu odpocząć. Zdarzało mi się rozmyślać o pracy podczas jazdy na rowerze czy wyprowadzania psa, zamiast faktycznie być myślami w tym, co dzieje się wokół mnie. Do tego doszedł permanentny smutek, problemy z regeneracją, budzenie się w nocy i nadmierne wypadanie włosów.
Nie stosuję zasady, według której ubranie, którego nie założyłam przez rok, powinno automatycznie wylądować w koszu czy na stosie rzeczy do oddania. Moja garderoba nie działa w ten sposób. Zdarzało mi się, że jakaś rzecz przeleżała w szafie dwa czy nawet trzy lata, a później nagle okazywało się, że idealnie pasuje do sytuacji, na którą wcześniej nie miałam okazji jej założyć.
Nie każda rzecz musi być regularnie noszona, żeby miała dla mnie sens. Czasem zmieniają się moje potrzeby albo po prostu pojawia się okazja, do której konkretne ubranie okazuje się idealne. Dlatego zamiast patrzeć wyłącznie na to, kiedy ostatni raz coś założyłam, wolę ocenić, czy nadal jest to rzecz, którą rzeczywiście chcę mieć i czy mam dla niej potencjalne zastosowanie.
Kiedy mam czas i przede wszystkim ochotę na takie porządki, robię przegląd garderoby po swojemu. Nie wyciągam wszystkiego naraz, żeby po pięciu minutach mieć na podłodze stertę ubrań. Zamiast tego przechodzę po kolei przez zawartość szafek i szuflad, wyciągając rzeczy i sprawdzając je jedna po drugiej.
Przy okazji oglądam ubrania dokładniej: czy nie pojawiły się dziury, plamy, nie rozciągnęły się, przetarcia albo inne uszkodzenia, których wcześniej nie zauważyłam.
Niektóre ciuchy ulegają z czasem zmechaceniom podczas prania czy noszenia - aby nie wyrzucać od razu, często golę elektryczną golarką, tu poczytasz post o maszynce do golenia ubrań.
Jeśli coś nadal wygląda dobrze, ale od dawna tego nie nosiłam, przymierzam. I tutaj zaczyna się najważniejsza część mojego przeglądu.
Samo pytanie „czy mi się to jeszcze podoba?” niewiele mi daje. Kiedy mam coś na sobie, zastanawiam się raczej: gdzie właściwie mogłabym w tym pójść?
Czy założę to do klubu? Na uczelnię? Na szkolenie? Na co dzień? Na trening albo chociaż na dojazd na trening? Taki sposób myślenia pozwala mi przypomnieć sobie o rzeczach, które w szafie wyglądają na zapomniane, ale po przymierzeniu okazują się całkiem przydatne.
Czasami dopiero wtedy widzę też, że problemem nie jest samo ubranie, ale sposób, w jaki je wcześniej nosiłam. Wystarczy zestawić je z czymś innym, zmienić dodatki albo potraktować je jako bazę do nowej stylizacji.
Przy takim przeglądzie zdarza mi się również znaleźć ubrania, których nie chcę już nosić dokładnie w takiej formie, ale jednocześnie szkoda mi się ich pozbywać. Wtedy zastanawiam się, czy nie nadają się do aktualizacji DIY: obejrzyj przykładowe DIY ubraniowe na moim kanale YouTube.
Czasami wystarczy drobna zmiana, żeby rzecz ponownie zaczęła mi odpowiadać. Skrócenie, przerobienie fasonu, dodanie czegoś albo wykorzystanie elementu ubrania w zupełnie nowy sposób może sprawić, że zamiast pozbywać się rzeczy, zyskuję coś, co rzeczywiście będę nosić.
Nie robię też klasycznej rotacji garderoby sezonowej. Wynika to przede wszystkim z tego, że ubieram się na cebulkę. Zamiast chować część ubrań na kilka miesięcy, wolę mieć dostęp do większości rzeczy przez cały rok i w razie potrzeby dokładać kolejne warstwy.
Dlatego w mojej szafie mogą znajdować się obok siebie zarówno rzeczy typowo letnie, jak i cieplejsze ubrania. Nie muszę też dwa razy w roku przeprowadzać wielkiej operacji „wymiana garderoby”, podczas której połowa zawartości szafy znika na dnie, a druga połowa z niego wraca.
Jeśli podczas przeglądu garderoby trafię na rzecz, o której wiem, że sama już jej nie założę, nie oznacza to od razu, że ląduje w koszu. Czasami wymieniam się ubraniami z koleżankami - szczególnie wtedy, gdy mnie dana rzecz już nie pasuje, ale wiem, że komuś innemu może się spodobać i dobrze służyć.
Jeśli nie mam komu jej przekazać, a ubranie jest w dobrym stanie, mogę je również sprzedać na Vinted albo oddać do sprzedaży w Vive Profit. O tym drugim sposobie pisałam już szerzej we wpisie Sprzedaż ubrań w Vive Profit - od czego zacząć i jak to działa?. Dzięki temu ubrania, których nie potrzebuję, mogą dostać drugie życie, zamiast bez sensu zajmować miejsce w mojej szafie.
Otwieram wszystkie drzwi, wyjmuję wieszaki i półki, a potem dokładnie przecieram kurz z każdej powierzchni. To moment, w którym wnętrze szafy odzyskuje świeżość: usuwam drobinki, które zbierają się w rogach, przejeżdżam wilgotną ściereczką po bokach, a na koniec zostawiam wszystko do całkowitego wyschnięcia.
Ogród został zaprojektowany tak, aby pobudzać różne zmysły. Podczas spaceru można zwrócić uwagę nie tylko na wygląd roślin, ale również na ich zapach, fakturę czy dźwięki, które tworzą naturalną przestrzeń. Alejki prowadzą przez różne części ogrodu, w których znajdują się starannie dobrane rośliny i miejsca przeznaczone do odpoczynku. Całość jest bardzo zadbana i przyjemna wizualnie, dlatego jest to również świetna lokalizacja do fotografowania.
Jednym z ciekawszych punktów jest wieża widokowa, z której można podziwiać panoramę Muszyny i okolicznych gór. Warto wejść na górę, ponieważ widok z tej perspektywy jest zupełnie inny niż podczas spaceru po samych alejkach. Wieża jest stabilna z barierkami, nie ma problemu z lękiem wysokości.
Na terenie kompleksu znajduje się również strefa Zoo, jest to osobna, płatna część. Sam spacer po głównej części Ogrodów Sensorycznych nie wymaga kupowania biletu. Jeżeli planujesz spokojne zwiedzanie, podziwianie roślin i odpoczynek wśród zieleni, możesz korzystać z ogrodów bez dodatkowych kosztów.
Przy wejściu znajduje się płatny parking, a opłata naliczana jest za godzinę postoju. Nie jest on połączony z aplikacjami do opłat parkingowych, trzeba wcześniej wybrać planową ilość godzin.
Warto zaplanować sobie spokojny spacer, ponieważ teren jest na tyle rozległy, że szybkie przejście wszystkich alejek może nie pozwolić w pełni docenić tego miejsca.
To atrakcja inna niż typowe punkty turystyczne – nie chodzi tutaj o kolejne miejsce do szybkiego „odhaczenia”, ale o przestrzeń, w której można naprawdę odpocząć. Największą zaletą Ogrodów Sensorycznych jest połączenie pięknej aranżacji, górskiego klimatu i dobrej lokalizacji. Jeśli podczas pobytu w Muszynie szukasz miejsca na spokojny spacer, chwilę relaksu i kilka ciekawych kadrów do zdjęć, warto wpisać je na swoją listę.

This post is sponsored by Dokibags.
Dom w którym znajduje się pokój, gwiazda dzisiejszego wpisu, ma już ponad 40 lat. Pokój, który dziś pełni funkcję pokoju gościnnego, jeszcze niedawno wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Przesadzone zasłony, popękane ściany, porysowany parkiet drewniany, wyblakłe z wiekiem ściany, a nawet dziury po ołtarzyku adoracji faworyzowanego dziecka! Jak patrzę na dziury w ścianie po ołtarzyku (niepublikowane, cenzura ze względu na zdjęcie osoby niepełnoletniej) to dziękuję sobie, że nie uległam propagandzie prokreacyjnej i nikomu nie robię takiej krzywdy. Cała akcja zajęła miesiąc, więc mam teraz co opowiadać.
Kabel od telewizji, który wcześniej wisiał z kratki od komina, został schowany w ścianę. Płaski kaloryfer z za szafy całkiem usunięty, bo okazało się, że jest dziurawy. Dziury i pęknięcia zostały zaszpachlowane, szlifowane i odkurzane. Przed położeniem białej farby podkładowej, aby pozbyć się starych kolorów, dzień przed wszystko dokładnie umyte mydłem malarskim, aby odtłuścić powierzchnie i poprawić przyczepność farby.
Sufit tylko umyty i pomalowany białą farbą, dla odświeżenia. Rozeta sufitowa i listwy przysufitowe również odświeżone białą farbą.
Dopiero na to właściwy kolor. I tu pierwszy raz w 100% decyzja o kolorze należała do mnie. Mimo małego dołka po drodze do sklepu, to finalnie wybrałam odcień lawendowy — spokojny, delikatny i totalnie odwrotny do tego, co było tu wcześniej. Pokój jest od strony północno-zachodniej, więc jasny kolor rozjaśnia pomieszczenie.
Podłoga również wymagała ratunku. Latami wyblakła w jednych miejscach, a w innych starła się od mebli. Wypożyczenie cykliniarki okazało się niemożliwe, w dzisiejszych czasach takiej maszyny nie ma już na zawołanie w wypożyczalniach, a firmy które trudnią się tego typu usługami chcą zleceń od 100m2 wzwyż.
Ostatecznie stara warstwa lakieru została usunięta przy użyciu żyrafy i wiertarki. Następnie trzy warstwy lakieru, który był na stanie, i kolor podłogi zaczął się równać wizualnie. Wyszedł ciemniejszy niż zakładano, ale nie ma co przesadzać, przygodę trzeba zaakceptować.
Poza perfekcjonizmem w tej akcji trudne też było pogodzenie się z faktem, że wcześniej czy później i tak będzie potrzebny kolejny remont. Czy to za 5, czy za 7 lat - to po prostu osoby decydującej o nieruchomości nie minie.
Kaloryfer także dostał nowe życie w postaci białej farby, która wizualnie odświeżyła całość. Jego umycie przed malowaniem zajęło masę czasu, palce i plecy konkretnie bolały. Samo malowanie zajęło 2 godziny, jedna warstwa tym razem wystarczyła.
Dla zabezpieczenia pracy robota odkurzającego i mopującego podłogi (czytaj: córci) kable zostały przybite do listwy — tak, żeby nic się nie plątało, a urządzenie mogło swobodnie sprzątać całą powierzchnię bez mojej pomocy.
Zanim cokolwiek wróciło do środka, zaczęłam od doprowadzenia kanapy i fotela do porządku. Po podstawowym sprzątaniu pokoju zajęłam się praniem kanapy i fotela przy użyciu odkurzacza piorącego Riwall PRO — tego samego, którego przedstawiłam wcześniej na blogu.
Pełna recenzja: pranie tapicerki odkurzaczem piorącym Riwall PRO – pełna recenzja.
Dla tych, którzy wolą oglądać niż czytać: mam również nagranie na YouTube, gdzie pokazuję cały proces prania: zobacz test Riwall PRO na YouTube.
Kanapa mimo, że docelowo zostanie w przyszłości wymieniona — na ten moment w pełni spełnia swoją funkcję gościnną. Jest czysta, praktyczna i idealna jako tymczasowe rozwiązanie, dopóki nie wybiorę idealnego modelu pod nowy styl.
Do czasu kiedy będą widoczne na szafie półki, starałam się ułożyć delikatnie ozdoby z maskotek, dzbanów, książek i mchu chrobotka. Wyklejanie stojącej, drewnianej dekoracji w czarnym kolorze zajęło mi około godziny i okazało się świetnym, wyciszającym etapem całej metamorfozy.
Sam mech chrobotek ma właściwości antystatyczne, nie przyciąga kurzu, nie wymaga podlewania ani dostępu do światła, a przy odpowiedniej wilgotności w pomieszczeniu zachowuje swoją miękkość i kolor przez długi czas. Dodatkowo wprowadza naturalny, spokojny akcent, który idealnie równoważy świeżo odmalowane ściany i prostą, gościnną funkcję pokoju.
W kwestii zasłon tu już była mała wtopa. Miałam już na stanie, dzięki ludziom dobrej woli, miętową zasłonę do ziemi, ale szybko okazało się, że ta długość kompletnie się tu nie sprawdza. Robot sprzątający traktuje firanki i zasłony sięgające podłogi jak przeszkody i zwyczajnie je omija — dlatego dostosowuję dom do jego systemu nawigacji. Zasłona została skrócona do poziomu górnej rury od kaloryfera, co idealnie zgrało się z również wysokością stacji dokującej.
Niestety oddałam zasłony do punktu z firankami w Mielcu, gdzie oferują usługi szycia. Niestety, mimo że dokładnie wyjaśniłam w punkcie szycia, że zasłona będzie wisiała na żabkach i nie potrzebuje szerokiego pasa pod karnisz. Nie miałam przez odległość jak odebrać osobiście, poprosiłam znajomą. Czułam, że coś będzie nie tak, ale nie spodziewałam się tego… krawcowa i tak zaszyła w formie szerokiego pasu! I to jeszcze bez zaszycia boków… a że wszystko było wymierzone co do centymetra, bo się tego nie spodziewałam, to teraz nie ma z czego pruć. W przyszłości jakby była podobna zasłona, koniecznie zostawić zapas materiału na ewentualne poprawki, albo tylko opcja z pilnowaniem i staniem nad karkiem, tak jak to było robione u babci zastępczej podczas studiów.
Paski materiału, które zostały po skróceniu, zostały zszyte ze sobą i zawieszone pomiędzy zasłonami, tak aby zakryć roletę. To na szczęście dobrze wykonała, bo wąski szew, który był w oryginalne pozostawiła, i tylko zaszyła odcinaną część. To rozwiązanie z kategorii „radzę sobie tym, co mam” — bo należę do grona osób, które pracują na swoje pieniądze, nie żyją z zasiłków i muszą myśleć racjonalnie o budżecie. Na dziś nie generuję dodatkowych kosztów w postaci nowej rolety, która i tak byłaby używana sporadycznie, bo pokój jest od północnego-zachodu — wisi ona tylko dlatego, że główna zasłona jest na żabkach i nie ma automatycznego systemu rozsuwania. Funkcja została zachowana, estetyka ogarnięta, a budżet nie oberwał rykoszetem.
Skąd pomysł na miętę do lawendy? Pokój obok jest w miętowej tonacji, na dzień dzisiejszy jeszcze nie wymaga remontu, więc ten wybór zaczął powoli ujednolicać całe mieszkanie. Wcześniej każde pomieszczenie było z innej parafii — każde inaczej pomalowane, inne meble, inne kolory podłóg. Teraz wszystko zaczyna się ze sobą łączyć. Mięta i lawenda nie walczą o uwagę, tylko się uzupełniają — tworząc spokojną, miękką przestrzeń.
Z tego samego powodu wykorzystałam lakier do podłogi, który już miałam na stanie. Na parterze jest drewniana podłoga w bardzo podobnym stanie i również czeka ją odświeżenie. Zamiast mieszać kolejne wykończenia i odcienie, zdecydowałam się na konsekwencję. Nie bez powodu psychologia zauważyła zależność - tam gdzie dorastaliśmy w graciarni, wręcz syfie, lombardzie, to chcemy w swoim otoczeniu mieć tego przeciwieństwo - tak więc minimalizm, estetyka i porządek to dla mnie czystość.